GTT i ginekolog

Bylam dzis u lekarza. Kazda wizyta jest po prostu jak cyrk!

Oczywiscie znow kazali mi robic USG. Gdy zapytalam, dlaczego mam robione na kazdej wizycie, to mi powiedzieli, ze rodzice sami sie domagaja USG. Ja tam niczego sie nie domagalam. Niepotrzebne mi USG po 150 riali co miesiac! A poza tym tak tutaj sie robi, powiedziala pani doktor.
A co oni biedacy robili zanim wynaleziono USG? Pani doktor nie wiedziala.
A dlaczego nie bada mnie dopochwowo, jak kazdy szanujacy sie polski ginekolog. A po co? pani doktor powiedziala. Nie ma takiej potrzeby… no, pewnie nie ma… pewnie polscy ginekolodzy (albo ci w Belgii, np.) robia to dla przyjemnosci, wlasnej tudziez pacjentki.

Potem test GTT, czyli test na tolerancje glukozy. Matki i ciezarne wiedza, o czym mowie. Calej reszcie wyjasniam. Dali mi do wypicia dwie szklanki niesamowicie slodkiego ulepku, takiego, ze tego sie wypic nie da – morde wykrzywia, takie slodkie ze az gorzkie.

Po godzinie mialam miec pobrana krew. Przez 45 minut mnie mdlilo.
Po 45 minutach pawia puscilam, takiego wielkiego, zoltego (bo napoj byl zolty).

Z testu nici, musze znow to gowno pic za dwa dni. Na sama mysl mi niedobrze.
A po powrocie do domu spalam trzy godziny (nigdy nie spie w dzien!). Do tej pory mi niedobrze.
Co za dzien..

Katar w deszczu

Kilka dni temu byla burza. Pierwsza, i jak dotad jedyna w tym roku (albo raczej w ciagu roku, bo od lutego 2005 nie bylo deszczu).

Jak zaczelo w nocy, to bez przerwy grzmialo i lalo, tak porzadnie, przez 36 godzin. Raz, a porzadnie.

Oczywiscie Katar niedostosowany do jakichkolwiek opadow, zatem deszcz sparalizowal cale miasto. Ulice zalane, nalezy do tego dodac brak umiejetnosci jazdy w takich warunkach (no dobra, oni nie maja umiejetnosci prowadzenia auta koniec kropka, ale w takich warunkach to jeszcze gorzej, bo niby i gdzie sie maja biedaki nauczyc), w zwiazku z tym korki na ulicach jeszcze gorsze niz zazwyczaj.

A przed oknem mialam taki widok: robotnik z gumowa ‘szczota’ (taka jak do mycia okien) przesuwa wode w miejsce bardziej odpowiednie. Oto sposoby radzenia sobie z zalana ulica 🙂


Few days ago we had a storm. First, and only one this year (or shall I say during a year, because we didn’t have any rain since February 2005).

It started at night, and it was raingin non stop for next 36 hours. Once, but properly.

Of course Qatar is not prepared for any rains, so it paralized the whole city. Streets were flooded, if you add to it lack of driving in these conditions (ok, they can’t drive full stop, but in rain it’s even worse, because where can they learn it, poor souls?), so Doha was a complete standstill.

And in front of my window I had this vew (see above) – worker with rubber broom (like for washing windows) is moving water from one place to another, more appropriate. They are ways of dealing with flooded streets 🙂

No to Denmark

Pojawily sie naklejki na tylna szybe samochodow. Dzis widzialam. W aucie siedzial Katarczyk (oczywiscie) i sluchal arabskiej muzyki (a jakze). A z tylu na oknie mial naklejona naklejke.

Na gorze cos po arabsku. Potem juz po angielsku:

DANII MOWIMY NIE ! po czym przekreslona flaga dunska.

I mniejszymi literami tekst o bojkotowaniu dunskich produktow.


I noticed stickers for back window of the car.
On the top something in Arabic. Then in English:
NO TO DENMARK! and Dunish flag, crossed out.
And, in smaller print, a tekst about boycotting Danish products.

Plusy, minusy…

Wiadomo, plusy i minusy kazdej sytuacji.. wszystko juz tutaj w Katarze wybadalam, szpital widzialam, z mamami rozmawialam, rozne opinie slyszalam… i wcale decyzja latwiejsza nie jest..
A, rodzac tutaj dziecko nie kwalifikuje sie na zadne katarskie benefity czy niebenefity (Katarczykiem nie bedzie).

Plusy Polski:
+ wiem, czego oczekiwac
+ polski paszport, akt urodzenia, inne formalnosci bez problemu (paszport polski jest dla mnie wazny)
+ pomoc mamy przy noworodku
+ macierzynski i wychowawczy plus wykonanie formalnosci z tym zwiazanych, (bo sie kwalifikuje), bo bede na miejscu

Minusy Polski:
– Matt pewnie nie bedzie przy porodzie
– powrot do Kataru na lato, na najwieksze upaly (a co za tym idzie, malenstwo przez caly dzien w domu, w klimatyzacji, itd)
– Matt straci pierwszy miesiac (minimum) z zycia dziecka (on w Katarze, ja w Polsce)

Plusy Kataru:
+ Matt przy porodzie
+ wyjechalabym stad na lato, lipiec, sierpien, do Polski = uniknelibysmy z maluchem i Zuzia najwiekszych upalow

Minusy Kataru:
– chociaz sprzet jest swietny, lekarze sa kiepsko wykwalifikowani (tak slyszalam)
– koszt – 4500 za porod, jesli cesarka to 9000 zlotych
– beznadziejna opieka nad noworodkiem i kobieta tuz po porodzie (praktycznie zadna, trzeba samemu o wszystko zadbac)
– brak polskiego paszportu, mozliwe problemy z uzyskaniem aktu urodzenia, angielskiego paszportu etc.

Dylematy:
. jak sie urodzi w Katarze, jakie beda dlugotrwale konsekwencje tego? Znaczy sie w przyszlosci..

I co?

Hiacynt pustynny

Wybralismy sie na piknik na plaze, i o ironio, bylo wietrznie i padal deszczyk!!! Nie do pomyslenia, zeby piknik zostal odwolany w Katarze z powodu deszczu 🙂

Ale zobaczylismy pustynne hiacynty! Sa one o tyle fenomenalne, ze kwiaty wyrastaja bezposrednio z piachu, ot tak, posrodku pustyni… zazwyczaj zima, gdy dostana nieco wody (z nielicznych deszczykow, chyba). Byly zolte, w roznych stadiach rozwoju, wieksze i mniejsze…


We went for a picnic to the beach, and ironically, it was very windy and it was raining! Incredible, to cancel picnic in Qatar because of rain!

Anyway, we saw desert hiacynths! They are unusual because the flowers grow directly from the sand, just in the middle of desert… usually in the winter, when they get a bit of water (from few rains, I think :)). They were yellow, of different sizes, in various stages of development…


Baletnica

Troche za duzo sie o mlodej robi, no ale coz, takie jest zycie w Katarze – bardzo pro-rodzinne.
Zabralismy ja na balet, tydzien temu. Wydawalo sie super pomysl, bo Zuzia uwielbia taniec. Ta, akurat! Caly czas stala jak polmozdzek, obok rodzicow, z palcem w buzi, i za nic nie chciala dolaczyc do dzieciakow.

Zabralismy ja na balet, w ta sobote. Och, jakaz zmiana (oczywiscie nie bez wysilku z naszej strony – przekupstwo, skomplikowany system punktow, cwiczenie baletu w ogrodku). Od razu wlaczyla sie do zabawy, tanczyla (niemalze) jak zawodowa balerina, i nawet poznala nowa przyjaciolke, Molly!

Balet to swietny pomysl dla dzieciakow, mam nadzieje ze wyrobi w niej gracje i powab, ktorego mi brak (w sukni slubnej poruszalam sie jak mistrz na budowie, dziarski krok i kiecka zadarta po kolana) 🙂


It’s a bit too much of Zuzia here now, but well, that’s life in Qatar – very family oriented.
We took her to ballet last Saturday. It seemed like a great idea, because Zuzia loves dancing. Yeah, right! She was standing all the time next to her parents, with finger in her mouth, like some kind of half brainer.

We took her to ballet this Saturday. Oh, what a change (of course not without effort from our side – bribery, complicated point system, doing ballet in the garden). Stright away she joined other kids, she was dancing (almost) like a pro ballerina, and she even met a new friend, Molly!

Ballet is a great idea for kids, I hope she’ll get some charm I lack (in my wedding dress I was moving like a building master).

Powazna sprawa

Wyglada na to, ze milosc Zuzi kwitnie, bo wczoraj mowie do niej:
– Przyjdzie do ciebie kolega.
– Jaki kolega? pyta mloda.
– A zgadnij!
Zuzia niesmialo, cichutko, z paluszkiem w buzi:
– Khelab?

Kurcze, musze isc i obejrzec tego Khelaba, bo mi to wyglada na powazna sprawe!


Looks like Zuzia’s love is in full blossom, because yesterday I told her:
– A friend will come and visit you.
– What friend? she asked.
– Guess!
Zuzia, shyly, quietly, with finger in her mouth:
– Khelab?

I think I’ll have to go and see this Khelab, looks like things are serious between them!

Pierwsze oswiadczyny

Zuzia zaczyna wczesnie. Beda z nia problemy, oj beda.

Zuzia:  Khelab (dzieciak z jej szkoly) powiedzial, ze mi da czekoladki.
My:      Da ci czekoladki?
Z:        Trzy
Z:        I Khelab chce sie ze mna ozenic. Powiedzial mi, ze jak sie z nim ozenie, to mi da trzy czekoladki.
My:      (szczeka nam opadla). Chce sie z Toba ozenic? Tak ci powiedzial?
Z:        Tak.
My:      A podoba ci sie Khelab? No i co mu powiedzialas, jak sie chcial z toba ozenic?
Z:        Eeeee, nic.
My:      Jak to nic???
Z:        A, bo byl circle time (dzieciaki bawily sie w cos w koleczku).


Zuzia starts early. We’ll have lots of problems with her.

Zuzia:  Khelab (a kid from her school) said he will give me chocolates.
Us:      He will give you chocolates?

Z:        Three.


Z:        And Khelab wants to marry me. He said if I marry him he’ll give me three chocolates.

Us:      (totally surprised). He want’s to marry you? That’s what he said?
Z:        Yes.
Us:      And do you like Khelab? And what did you tell him?

Z:        Eeeee, nothing.


My:      What do you mean nothing???


Z:        Because it was circle time.

Ponczochy i brak seksu

Miala byc niespodzianka, i byla niespodzianka. Zabral mnie Matt do restauracji Maxim w Ramadzie.
Oczywiscie przyjechalismy za wczesnie, wiec musielismy czekac na otwarcie restauracji. Odstrojeni jak dwa pajace w dzien Walentego, z jednym znudzonym dzieckiem dookola nog i drugim kopiacym w brzuchu.

W koncu nas wpuscili. Maxim jest bardzo elegancka restauracja, a zarcie w Ramadzie jest generalnie bardzo, bardzo dobre. Ramada uzywa w swoich restauracjach jedzenia wylacznie z Anglii (mieso, jajka, wszystko).

Na poczatku powitano nas szampanem (winem musujacym). Na stole staly juz czekoladki, roza, swieca… pelen romantyzm. Bylo tez menu. Ktore mnie przerazilo. Bo sie okazalo, ze czeka nas fiesta skladajaca sie z dziesieciu dan!!!

Zaczelismy od ostryg (afrodyzjak ;)), potem losos i krewetki (2), zupa z kurczaka (3), sola marynowana (4), wolowina ze szparagami i szpinakiem (5) – tutaj sie skonczyly przystawki. Dali nam sorbet truskawkowy (6) (po to, aby zneutralizowac smak w ustach przed daniem glownym). Nadszedl czas na przepiorki w lisciach winogron i w sosie winnym (7). Na deser mus jagodowy z karmelem (8), po nim sery (9), i na koniec owoce (10).
Uff!

Wszystkie dania przepyszne, cudownie podane (powyzej krewetki z lososiem), i w ksztalcie serduszek (np. przepiorka byla w ksztalcie serduszka, sery..). I chociaz porcje byly malutkie, pod koniec posilku juz nie moglam!!

No, ale nie samym jedzeniem czlowiek zyje. Byla tez pianistka. A ze siedzielismy niedaleko pianina, zawarlismy z nia znajomosc. Okazalo sie, ze ma na imie Ewelina, i ze jest Polka! No prosze! Spotkamy sie w przyszlym tygodniu.

Na koniec, aby bylo jeszcze milej, dostalam roze. I obydwoje z Mattem dostalismy (calkiem niespodziewanie) prezent od hotelu – ja pachnidla od Marka i Spencera (Mark&Spencer), pieknie zapakowane w muslinowa torebke, a Matt dostal krawat!

Posilek trwal cztery i pol godziny!!! Od 18 do 22:30! W zyciu tyle w restauracji nie siedzialam! I o ile doswiadczenie dla nas bylo super przyjemne, dla Zuzi to byla masakra – biedne dziecko wynudzilo sie za wszystkie czasy!

Wrocilismy do domu, i niestety, nie zrobilismy zadnego uzytku z moich ponczoch (tak tak, nawet ponczochy zalozylam, takie z pasem, zadne samonosne!!), bo po prostu bylismy PRZEJEDZENI! A zreszta, co to za przymus aby uprawiac seks w Walentynki!


It was supposed to be a surprise, and it was! Matt took me to Maxim restaurant in Ramada. Of course we arrived too early, so we had to wait for the restaurant to open. Dressed like two geeks on Valentine’s day, with one kid bored silly walking around our legs, and another one kicking in my belly.

Finally they let us in. Maxim is a very ellegant restaurant, and food in Ramada is very, very good. Ramada uses only ingredients from England (meat, eggs, everything).

We were welcomed with sparkling wine. On the table there were chocolates, rose, candle… very romantic. There was also menu. Which scared me. Because it turned out that we have to consume ten dishes!!!

We started with oysters (aphrodisiac:)), then salmon and prawns (2), chicken soup (3), marinated sole (4), beef with asparagus and spinach (5) – this is where startes ended. They gave us strawberry sorbet (6) – to clean our mouth before the main. And time for quail wrapped in vine leaves and wine souce (7). For dessert blueberry parfait (8), after that cheeses (9), and finally fresh fruit (10).
Uff!

All dishes lovely, served beautifully (see photos above), shaped like hearts (e.g. cheeses, or quail were in shape of heart). And although the portions were tiny, at the end I couldn’t eat anymore!

But not only food is important, is it? There was also a pianist. And because wewere sitting close to the piano, we spoke to the pianist, who turned out to be Polish! I’m going to meet her some time next week.

At the end, to make things even nicer, I got a rose. And we both got a present (completely unexpectedly) – me smellies from M&S, and Matt a tie.

The meal lasted four and a half hours (from 6 till 10:30). That’s the longest I stayed in a restaurant in my whole life! And as long as it was a great experience for me and Matt, for Zuzia it was a disaster – poor child was bored silly!

We came back home and unfortunately didn’t make any use of my stockings (yes, I put traditional stockings on!). We were just too full! And anyway, who made a stupid rule that people have to have sex on Valentine’s day!