Pierwszego dnia, poniewaz Matt gral w golfa i bylam sama, wybralam sie na zakupy (jak juz pisalam).
Drugiego dnia wybralismy sie na zwiedzanie. Na pierwszy plan poszlu suki, czyli tradycyjne rynki. Pojechalismy na suk ze zlotem (mamy w Katarze), i na suk z przyprawami. Ten z przyprawami byl swietny, w Doha takiego nie widzialam. Mieli chyba kazda przyprawe znana czlowiekowi. Wszystko w olbrzymich worach, jak za dawnych, dobrych czasow.


Na suku widac mnostwo mezczyzn, ktorzy ciagna towary na wielkich, ciezkich wozkach. W Doha nie spotkalam sie z czyms takim.

Po sukach postanowilismy wybrac sie na wyprawe tzw. abra. Abra to inaczej wodne taksi, ktore plywa po tzw. Dubai Creek (slynna zatoczka w Dubaju). Wsiadamy do wodnej taksowki, a pan nam mowi 10 Dhs za kazdego, i mozemy jechac.
10??? Jakie 10? Przeciez kosztuje 1 Dhs za osobe! No dobrze, to wsiadajcie za 1 dirme, mowi laskawie pan. Ach, jak to wszedzie wyzyskuje sie ‘glupich’ turystow, ktorzy po prostu nie wiedza!
Na zdjeciu ponizej maksymalna predkosc: 7 wezlow, Stacja taksi wodnej przy sukach (souq abra station), oraz zadokowane lodzie.

Na zdjeciu po prawej odbywa sie placenie za abra (pan w czerwonej koszuli zbiera po 1, albo po 10 dhs :)). Abra podrozuje wiele osob, na jednej lodzi mozna spotkac biednego Pakistanczyka obok eleganckiego pana w garniturze.

Abra zawiozla nas na druga strone Dubai Creek, a tam wybralismy sie zwiedzac dom szejka i muzeum Dubaju. Ale o tym nastepnym razem.