Mapa Doha

Doha jest stolica Kataru. Mieszka tam znakomita wiekszosc calej ludnosci tego panstwa, tam jest skupiony caly przemysl, caly swiat biznesu. Jest to w zasadzie jedyne "glowne miasto".

Doha rozwija sie w bardzo szybkim tempie – wiele rzeczy sie tu teraz buduje, a wszystko to w przygotowaniu do Asian Games 2006.

Mapa Doha

Polska szkola uwodzenia

W artykule z http://kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1182011&KAT=239 opisana jest szkola uwodzenia. Oto kilka fragmentow, ktore wydaly mi sie ciekawe.

"Kobieta uwodzi w trzech czwartych przypadków (w latach 50. dowiedli tego znani badacze praktyk seksualnych, Clellan Ford i Frank Beach). Jednak tylko dlatego, że robi to dyskretniej, faceci myślą o sobie jak o samcach zdobywcach. Tomasz Szlendak opowiada: – Czytałem badania z 64 kultur z pięciu kontynentów. Wszystkie pokazały, że to kobieta wykazuje inicjatywę."

A to akurat jest przeciez wie kazda kobieta, i faceci tez, tylko ze sie do tego nie przyznaja.

"Niemiecka pisarka Arletta Grunestuhl już dawno zanotowała, iż inteligencja jest wielką zaletą kobiet, ale pod warunkiem że potrafią ją ukryć. Trzeba tylko grać rolę naiwnych i pozwolić panom przejąć inicjatywę. Bo uległość mówi płci brzydkiej, że nareszcie można podporządkować partnerkę swoim pragnieniom. Początkowo seks bez zobowiązań, z czasem, po cichutku, ona uzależnia od siebie mężczyznę. Ot, i cała tajemnica szybkiego podrywu na głuptasa. Finezji wiele nie potrzeba."

Ci mezczyzni, ktorych ja znam, raczej w gluptaskach (nawet tych udawanych) nie gustuja. Ale moze sie myle, moze oni sie dobrze maskuja?

"Życie pomaga teoriom. Ponoć najłatwiej się uwodzi w sanatorium, na urlopie, w piątek, w… odmiennych stanach świadomości. I – tu zaskoczenie – bardzo zbliżają niebezpieczne okoliczności. Kiedyś przeprowadzono badania. Dwie grupy żołnierzy poprowadzono przez dwa mosty. Jeden solidny, murowany, drugi niepewny i chybotliwy. Po drugiej stronie obu mostów czekały młode, skąpo odziane kobiety. Naukowcy porównywali potem liczbę nawiązanych kontaktów damsko-męskich. Okazało się, że więcej romansów zdarzyło się wśród żołnierzy, którzy wcześniej musieli przejść przez niepewny most."

A moze po prostu kobiety byly ladniejsze/ bardziej skore do randkowania? Mi by chyba amory nie byly w glowie gdybym byla uwieziona w metrze, podczas trzesienia ziemi.

"Tatiana Ostaszewska-Mosak przestrzega: – Jeżeli podczas uwodzenia zupełnie zataimy, jacy jesteśmy, musimy się liczyć z konsekwencjami. Gdy po fakcie okaże się, że ona wcale nie jest przebojowa, ma doklejane paznokcie i rzęsy, biust podniesiony biustonoszem, a pupę podtrzymuje majtkami korygującymi figurę, on ma pełne prawo czuć się oszukany. I możemy nie mieć już czasu, by pokazać się od naszej prawdziwej, najlepszej strony."

A przeciez to jest normalne, ze na pierwszej randce zadna dziewczyna nie powie: "Sluchaj, bo ja tak naprawde to mam sztuczny biust, i od chodzenia do pubow to ja wole ogladac TV w papilotach na glowie, jedzac czekolade". I zaden chlopak nie powie: "Wiesz, a ja wole wyskoczyc z kumplami na piwko zamiast spotykac Twoje kolezanki".

I chyba nikt nie powinien sie czuc przez to oszukany…

"Wtorek. Odbieramy zaświadczenie z kursu. Kilkanaście kobiet z certyfikatem ruszy za chwilę w miasto, żeby uwieść kogoś na stałe. Jeśli którejś się uda, tylko czekać, aż powstaną kursy: uwiodłeś, jak go teraz zatrzymać."

Po pierwsze: czy te panie beda machaly facetom przed nosem tymi certyfikatami, krzyczac: Patrz, ja dyplomowana uwodzicielka jestem!!, majac nadzieje ze facet na to poleci?

Po drugie: czy certyfikat w jakikolwiek sposob ulatwi "podryw"?

P.S. Ja na zadne kursy nie chodzilam, a podryw i flirtowanie wcale zle mi nie wychodzi.

Jestem prostytutka?

Ostatnie wiesci z Katarskiego frontu.
Przez caly ten czas kiedy my siedzimy u mojej siostry trwaly intensywne prace nad zdobyciem wizy dla mnie. Plan byl nastepujacy – firma Matta zatrudnia mnie jako nauczyciela angielskiego (oczywiscie fikcyjnie) i ja dostaje “working visa”, czyli taka wize na podstawie ktorej moge pracowac.

Dzis Matt zadzwonil do swojej firmy w Katarze i co sie okazalo? Otoz to, ze wedlug prawa Kataru kobieta nie moze dostac wizy pracowniczej. O wize taka moze sie ubiegac jedynie poprzez swojego meza, ktory posiada karte stalego pobytu. Nie wspomnialam jeszcze o tym, ze samotna kobieta przed 40 do Kataru nie wjedzie za zadne skarby (nawet jako turystka). Skad takie zasady? Ano, posiadaczka wizy pracowniczej (bez meza-rezydenta) czy samotna turystka przed 40 sa uwazane za potencjalne prostytutki, a prostytucji nalezy sie wystrzegac jak ognia. Zatem, lepiej tak na wszelki wypadek nie dawac kobietom wiz. A jeszcze lepiej wcale ich do kraju nie wpuszczac!!

A poniewaz Matt nie ma jeszcze karty stalego pobytu, zatem mamy problem. Nie wiem, co teraz bedzie. Najprawdopodobniej Matt bedzie musial poleciec sam do Kataru, ja zostane w Polsce, i bedziemy czekac az Katar laskawie zechce mnie przyjac. Problem w tym, ze ja nie mam gdzie mieszkac. No i mam tylko jedna pare majtek 😉

Nudy na pudy

Siedzimy u mojej siostry, i czekamy na wize do Kataru….

Mieszkania tez nie mamy, bo wynajelismy od 25 sierpnia…

Pojutrze pierwsza rocznica naszego slubu (tzn. mojego i Matta, a nie mojego i mojej siostry). A moj prezent dla niego polecial do Kataru i tam zostal (bo zapomnialam napisac, ze cale nasze bagaze z wyjatkiem tego podrecznego, zostaly w Katarze. W tym momencie nie mamy nic. Ja chodze w tej samej sukience juz czwarty dzien. Sukienka to pol biedy, chodze rowniez w tych samych majtkach i staniku. Oczywiscie pranych, ale to i co z tego, i tak mi sie znudzily…

Dlugie 32 godziny – cd

Odprawa. Pani sprawdzajaca nasze bilety mowi: “Ale tutaj potrzebna jest wiza”.
My jej tlumaczymy grzecznie, ze wedlug naszych SPRAWDZONYCH infromacji wystarczy nam wiza Matta, oraz odpis aktu malzenstwa. Na tej podstawie ja dostane wize na granicy Kataru. Pani z niedowierzaniem kiwa glowa, ale dzwoni do swojego przelozonego i zadaje pytanie jak to jest z ta wiza. Przelozony pani potwierdza nasza wersje, no i wszystko jest w porzadku.

Lecimy najpierw do Amsterdamu, w Amsterdamie czekamy 4 godziny, i lecimy do Kataru. Lot trwa okolo 6 godzin.

Wszystko idzie sprawnie, czekanie w Amsterdami sie nie dluzy, bo sobie chodzimy po sklepach, Zuzia posuwa na swoim rowerku nie zwazajac na ludzi, tylko ze te torbiska, ktore musimy taszczyc….

W samolocie do Kataru poznalam dziewczyne, Polke, ktora ma meza Amerykanina i razem od dwoch miesiecy mieszkaja w Doha. Opowiedziala mi kilka szczegolow na temat zycia w Katarze (relaks, potem relaks, a na koniec tuz przed pojsciem spac znow relaks.) oraz zycia w Arabii Saudyjskiej. W Arabii wszystkie kobiety, nawet cudzoziemki, musza nosic te ichniejsze dlugie, czarne suknie, suknie musza byc odpowiednio dlugie, poniewaz jest policja moralna, ktora chodzi i wyszukuje kobiety, ktorym piety widac spod szat, a nastepnie bije te kobiety. Poza tym w Arabii kobiety nie moga nawet jezdzic taksowka bezpiecznie, poniewaz gwalty kobiet przez taksowkarzy sa na porzadku dziennym. Jednak najciekawsza historia byla ta o piatkowych targach, gdzie to publicznie obcina sie dlon zlodziejom – nawet teraz, w 21 wieku!!!

Lecac do Kataru jest miedzyladowanie w Arabii. Ciekawa rzecza, ktora zaobserwowalam byly kobiety Arabskie, ubrane normalnie, po “zachodniemu”. Tuz przed przylotem do Arabii wszystkie jak jeden maz zaczely zakladac czarne suknie, chusty na glowy, zakrywac twarze. Niesamowite!

Przylecielismy do Kataru. Idziemy do okienka po wize. Celnik oglada paszport Matta, jego dokumenty, wszystko jest ok. Potem kolej na moj paszport. I tu sie problemy zaczely. Bo sie okazalo, ze moge dostac wize jedynie w trzech wypadkach. Po pierwsze jesli mam czlonka najblizszej rodziny (czyli np. meza), ktory ma karte pobytu w Katarze. Matt nie ma. Po drugie, jesli pochodze z jednego z 33 panstw, ktore wize moga dostac. Polska tym krajem nie jest. Po trzecie (najlepsze), jesli przylecielismy Katarskimi liniami lotniczymi, to tez bym wize dostala. No ale poniewaz przylecielismy KLM, wiec sie nie kwalifikuje… 😦 I CO TERAZ??? Glowny oficer do spraw emigracji zaczal szukac jakiegos wyjscia – dzwonimy tu i tam (w Katarze wszystko sie zalatwi jesli ma sie znajomosci z wysoko postawionymi urzednikami), ale poniewaz jest prawie polnoc, wiec nie udaje sie z nikim skontaktowac. Celnik zaproponowal, abym poleciala do pobliskiego Baraihn, i wrocila do Kataru kataryjskimi liniami lotniczymi. Ale oczywiscie to tez by nie zdalo egzaminu, bo do Baraihn tez trzeba miec wize, a ja nie mam… Zrobila sie wielka afera, mnostwo ludzi dookola nas, w tym miedzy innymi przedstawicielka linii KLM, ktora przyszla nas…. odprowadzic do samolotu!!! Tak, tak, wyjscia nie bylo, musielismy wracac! Zatem z eskorta policji i przedstawicielki KLMu poszlismy do samolotu… tego samego, ktory nas do Kataru przywiozl. W biegu (bo samolot mial juz odlatywac, i czekal tylko na nas), na wariata, nie jestem pewna, czy nas nawet check in na ten samolot…

A potem to juz tylko deja vu, tyle tylko ze od konca – te same przekaski, te same wiadomosci w telewizji na pokladzie, Amsterdam, kilkugodzinne czekanie, lot do Warszawy. I juz, i tyle. Do Kataru wylecielismy 18 sierpnia o 4 rano, a wrocilismy 19 w poludnie. Dwa niecale dni, okolo 12000 kilometrow, 32 godziny podrozy, 6 startow i 6 ladowan. To byly najdluzsze 32 godzniny w naszym zyciu…

Dlugie 32 godziny

18 sierpnia 2004 roku.

To juz jutro wylatujemy. Musimy wyjechac z domu okolo 4:30. Ooops, wlasnie sobie uswiadomilismy, ze nie mamy juz nawet budzika…

19 sierpnia 2004 roku.

Udalo nam sie wstac na czas. Matt pakuje ostatnie rzeczy, ja dzwonie po taksowke do firmy nazwijmy ja A. Bedzie za 10 minut – pani mowi. Ale my potrzebujemy taka duza, wie pani, bo mamy duzo bagazy. No to jest problem, pani na to, sprawdze, co sie da zrobic, prosze zadzwonic za 15 minut.

No tak, tylko ze za 15 minut to my musimy byc na lotnisku…

Dzwoni telefon. Ach, pewnie znalazla duza taksowke! Ciesze sie. Ale to byl moj kolega, ktory zadzwonil sie pozegnac. (Dzieki Ucio!). Podal mi telefony do innych firm.

Dzwonie do firmy B. Potrzebuje duze auto. Dobrze, bedzie za 10 minut, pani mowi. Juz sie ciesze, dzwonie do firmy A, mowie, ze juz nie potrzebuje taksowki.

Skonczylam rozmawiac, telefon dzwoni. Pani z firmy B mowi ze jednak taksowki nie bedzie. O kurcze, i co teraz. Na szczescie pani z firmy B obiecuje, ze porozmawia jeszcze raz z kierowca.

Dzwoni po minucie, kierowca bedzie za 15 minut. Lepszy rydz niz nic, jak to mowia.

10 kolejnych minut. Znow telefon. Pani z firmy B dzwoni. Panstwo zamawiali taksowke, ona juz czeka.

Schodzimy na dol. Taksowki nie ma. Ide dookola bloku, mijam jedna taksowke (firmy A), zaraz za nia jest taksowka firmy B. Okazalo sie, ze firma A rowniez przyslala taksowke, mimo ze odwolalismy… Szkoda mi faceta, bo sie naczekal niepotrzebnie…

Juz w taksowce, w drodze na lotnisko. Wreszcie!

Przed wyjazdem

W mieszkaniu nie zostalo juz prawie nic, oprocz mebli i kilku osobistych rzeczy.

No i oczywiscie naszych toreb, zawierajacych cale nasze zycie, no, moze jakis jego skrawek, czyli generalnie rzeczy ktore zabieramy ze soba do Kataru.

Bagaze przepakowywalismy kilka razy. A to dlatego, ze linie lotnicze KLM maja bardzo surowe zasady jesli chodzi o bagaz. Poprzednio Matt lecac do Kataru musial zaplacic 900 dolarow za nadbagaż!!! Chcac uniknac placenia tym razem, musielismy niezle sie naglowic. Moglismy zabrac ze soba 20 kilogramow bagazu kazde z nas (czyli razem 60kg), oraz po 10kg bagazu podrecznego. Wydaje sie sporo, ale jak tu spakowac to, co sie gromadzilo przez kilka lat w trzy niewielkie torby?

Zatem sie przepakowywalismy i przepakowywalismy. W koncu sie jakos udalo, ale torby byly wypchane do granic niemozliwosci – ledwo sie dalo je zasunac. No i najlepszy byl bagaz podreczny – wygladalismy jak przekupy z rynku, bo mielismy duza torbe, dwa ogromne plecaki, laptop, kamera, ale najlepsze byly trzy przeswitujace plastykowe reklamowki (bo nam normalnych toreb braklo…) wypchane zarciem w sloikach dla dziecka, majtkami, i innymi “skarbami” typu cukierki, i takie tam…

No i oczywiscie moja torebka, rowerek Zuzi, i Zuzia ze swoja olbrzymia lala, ktora i tak mama niesc musiala (lala sie oczywiscie do torby nie zmiescila, i musielismy udawac, ze dziecko bez lali sie nigdzie nie ruszy…)